Artykuły prasowe

Artykuły prasowe z udziałem Ośrodka Janochy

 

Rozmowa na temat uzależnień dla gazety "The Czas"

Data dodania: 2010-05-06 18:20:35

 

Witam. Z tej strony Beata Fojcik. Chciałabym z Panem przeprowadzić krótki wywiad drogą mailową.
Rozmowa na temat uzależnień dla gazety "The Czas" - głos młodzieży rybnickiej. "The Czas" tworzą uczniowie V LO w Rybniku.

1. Jak wygląda walka z narkomanią, bądź alkoholizmem? Czego potrzeba, by przezwyciężyć nałóg?

Z narkomanią i alkoholizmem nie można walczyć należy je leczyć. O sposobach leczenia można się dowiedzieć na naszych stronach internetowych (pozwalam na wykorzystanie tych materiałów w tak szlachetnym celu)

2. Podobno człowiek uzależniony musi znaleźć się na dnie, by rozpocząć leczenie...

Dno jest pojęciem względnym u każdego może być inne . Osoba uzależniona musi ponosić konsekwencje swojego postępowania aby zdecydowała się
podjąć leczenie.

3. Co dzieje się, gdy człowiek zrozumie, że przez nałóg umknęła połowa życia?

Osoba świadoma tego, że część życia utraciła z powodu uzależnienia stara się po leczeniu resztę życia przeżywać konstruktywnie z towarzyszącą jej i zrozumianą pogodą ducha.(Znajomość słów modlitwy o pogodę ducha wszystko wyjaśnia, nawet ludziom nie uzależnionym - "Boże użycz mi pogody ducha abym godził się z tym czego nie mogę zmienić, odwagi abym zmieniał to co mogę zmienić i mądrości abym odróżniał jedno od drugiego")

4. Dlaczego chętnie pomaga pan osobom, które znalazły się w tarapatach?

Jestem lekarzem z powołania, tak samo jak kadra ośrodka, którą tworzą ludzie charyzmatyczni, wspaniali fachowcy w dziedzinie leczenia uzależnień. Pomaganie ludziom chorym to nasz obowiązek. My rozumiemy cierpienie uzależnionych, ich chorobę, ale największą nagrodą i motywacją dla nas jest odzyskana radość z życia tych którzy rozpoczęli trzeźwe życie po leczeniu, radość i wdzięczność ich bliskich. Ratując jednego uzależnionego ratujemy ich rodziny. To jest motor napędowy do tej pracy. Osobiście uważam, że każdy jest do czegoś przeznaczony - ja do leczenia wspaniałych, chorych ludzi, którzy odważnie podjęli wyzwanie zmiany marazmu życia jakim było tkwienie w uzależnieniu na życie trzeźwe. To są prawdziwi bohaterowie w tej historii!


5. Jak często miał pan do czynienia z młodzieżą w wieku 0d 16-20 lat? Była to tzw. trudna młodzież, czy raczej każdy może popaść w nałóg?

Tak, bardzo często mamy do czynienia z osobami młodymi. Coraz więcej młodych ludzi popada w uzależnienia i co przeraża zaczynają coraz młodsi. Każdy może popaść w nałóg (uzależnienie) – po prostu zachorować - bez względu na wiek, płeć, rasę, kraj zamieszkania, wykształcenie, status społeczny czy majątkowy.

6. Niektórzy mówią, że po zażyciu jakiegoś środka czują się naprawdę szczęśliwi...

Środki psychoaktywne ( alkohol, narkotyki, leki i inne) mają to do siebie, że po zażyciu dają uczucie zadowolenia i szczęścia czy też poczucie mocy (mechanizm iluzji). Po zaprzestaniu ich działania zaczynają się przykre konsekwencje i nieprzyjemne uczucia na poziomie psychicznym i fizycznym.

7. Czasami chcemy poczuć "mega odlot". Co pan o tym sądzi?

Nie sądzę aby wszyscy chcieli poczuć mega odlot. Jeśli ktoś ma takie pragnienia to należy jak najszybciej udać się do
specjalisty i o tym porozmawiać. Lepiej zapobiegać niż leczyć! Zanim się podejmie decyzję o jakimś działaniu lepiej
wcześniej posłuchać kogoś mądrzejszego z dobrym doświadczeniem, kogoś kto nam doradzi. Jednak do tego potrzeba odrobinę pokory, a nas ludzi często gubi pycha.

8. Czy nie uważa pan, że temat uzależnienia w Polsce jest nadal tematem tabu?

Uzależnienie nie jest już w Polsce tematem tabu. Osoby publiczne często przyznają się do sowich uzależnień, mówią jak pozytywnie zmieniło się ich życie po profesjonalnym leczeniu. Problemem jest przeznaczanie przez nasz Rząd małej ilości środków na leczenie i profilaktykę uzależnień.

Pozdrawiam
dr Włodzimierz Glinka
www.janochy.pl

Wojując z wrogiem

Data dodania: 2009-11-30 14:45:43

 

O tym, dlaczego tak łatwo uzależnić się od papierosów i tak trudno od nich uwolnić, rozmawiamy z terapeutą Bronisławem Marciszem z Ośrodka Detoksykacyjno-Terapeutycznego "Janochy".

PANI: Jakie procesy zachodzą w mózgu, że czujemy przyjemność z palenia ?

Bronisław Marcisz: Nikotyna jest substancją psychoaktywną, która pobudzając odpowiednie receptory w mózgu, powoduje uczucie przyjemności. W sytuacjach stresowych po zapaleniu papierosa doświadczamy rozładowania napięcia, ale to są efekty chwilowe.

PANI: Co się dzieje, gdy przestajemy palić ?

Bronisław Marcisz: Podobnie jak po odstawieniu alkoholu czy narkotyków pojawia się głód. Jego objawy bywają bardzo przykre: od obniżonego nastroju, niepokoju, rozdrażnienia, kłopotów z koncentracją przez dolegliwości fizyczne - takie jak ból głowy, bezsenność, kaszel, stany zapalne jamy ustnej i gardła - aż po halucynacje. W ten sposób organizm domaga się porcji nikotyny, do której go przyzwyczailiśmy.

PANI: Dlaczego często nie wystarczy chcieć rzucić ?

Bronisław Marcisz: Czasem objawy zespołu abstynenckiego są tak silne, że się poddajemy. Wtedy warto szukać pomocy u specjalistów. Terapeuta pomoże wzmocnić motywację do rzuczenia palenia, nauczy radzić sobie z głodem, podpowie, jak w towarzystwie palących powstrzymać się przed sięgnięciem po papierosa. Warto też zwrócić się do lekarza, który może przepisać lek działający na obszar w mózgu odpowiedzialny za odczuwanie głodu nikotyny. Przestrzegam natomiast przed sięganiem po środki uspokajające, bo można w takiej sytuacji bardzo łatwo się od nich uzależnić.

PANI: A gumy i plasterki mogą pomóc ?

Bronisław Marcisz: Tylko wtedy, kiedy przestaliśmy palić. To znaczy - nie redukujemy liczby wypalanych papierosów, lecz faktycznie nie palimy i cierpimy z powodu głodu nikotynowego. Czysta nikotyna w odpowiedniej dawce, która dostaje się do organizmu z plastrów lub gumy, znosi objawy głodu. Ale trzeba jeszcze umieć poradzić sobie z rękami przyzywczajonymi do trzymania papierosa czy z niezapaleniem przy kawie.

PANI: Czy coś jeszcze pomaga ?

Bronisław Marcisz: Świadomość wolności od nałogu, tego, że odzyskamy węch i smak, przestaniemy śmierdzieć papierosami, że będziemy zdrowsi. No i że za pieniądze, których nie wydamy na papierosy możemy np. pojechać na egzotyczne wakacje.

Rozmawiała: Katarzyna Koper

Terapia wielbłądem

Data dodania: 2009-08-17 20:55:45

Link do artykulu: http://www.radiownet.pl/radio/wpis/689/

 

Wywiad z dr Glinka w radiu www.radiownet.pl

Żeby wyjść z nałogu, trzeba odizolować się od świata - zająć się tylko sobą, swoim problemem, oczywiście pod fachową opieką. W zagubionej wśród mazowieckich pól i lasów wsi Janochy działa ośrodek leczenia uzależnień stosujący oryginalne metody terapii. Jednym z autorskich pomysłów doktora Włodzimierza Glinki na terapię antyuzależnieniową było założenie prywatnego zoo. Wśród kilkudziesięciu zwierząt jest tu nawet wielbłąd.

Składając skrzydła aniołom

Data dodania: 2009-08-15 00:01:58

 

Składając skrzydła aniołom

Wywiad – rzeka z Włodzimierzem Glinką

Z Włodzimierzem Glinką rozmawia Marek Samselski 

Janochy, lipiec 2009r. – lipiec 2010r.

 

M. - Jesteś lekarzem, jesteś podróżnikiem, jesteś napastnikiem, jesteś ratownikiem. Zgadzasz się?

 Włodzimierz - Z całą pewnością jestem lekarzem...

M. - Z wykształcenia i z powołania. Znam lekarza, dobiega już siedemdziesiątki, który powiedział, że tylko co trzeci z jego profesji wybiera ten zawód z powołania. Myślę, że ty na pewno.

 Włodzimierz - Tak, zgodzę się z tym, że ja na pewno wybrałem ten zawód z powołania. Zdawałem egzaminy na piątki, być może zdawałbym celująco, studiując na przykład inżynierię śródlądową. Trudno to sprawdzić, a właściwie jest to niemożliwe, gdyż nigdy na taki kierunek bym się nie wybrał, a poza tym nie wiem czy w ogóle taki istnieje. Jakąś szansę miałaby inżynieria transoceaniczna, bo horyzonty pewnie poszerza. A mówiąc zupełnie serio, prawda jest taka, że od dziecka chciałem być lekarzem i cieszę się, że nim jestem.

M. – Typisch humanista, że stwierdzę z niemiecka.

 Włodzimierz – Ty pisz – humanista.

M. - Zwiedziłeś kawał świata, ale o twoich podróżach jeszcze porozmawiamy. Na razie mam takie pytanie: Czy jeździsz przede wszystkim do miejsc, czy też namagnesowany jesteś ludźmi, których znasz albo masz poznać?

Włodzimierz - Przyciąga mnie świat, który mogę poznać. Tak, przede wszystkim nowy świat ludzi, potem krajobrazowy. Na pewno najpierw jestem humanistą, a potem globtroterem.

M.- Do Stanów Zjednoczonych wybrałeś się po...?

Włodzimierz - Po powietrze, po przestrzeń, po doświadczenia. No oczywiście nie po to, by samotnie przemierzać prerię land roverem albo hummerem czy też zwiedzać Alaskę psim zaprzęgiem  husky. Podziwiać Kanion Colorado – chętnie, ale nie sam... Wzruszeniem chcę się dzielić. Sporo czasu spędziłem w barach, też dzieliłem się w nich wzruszeniami. 

M. - No właśnie, przypomnę, że nazwałem cię na wstępie napastnikiem. Miałem na myśli taką życiową postawę człowieka czynu, trochę (albo niekoniecznie trochę) ryzykanta. Jednocześnie masz w sobie sporo romantyzmu.

 Włodzimierz - Nie powinno to dziwić. Myślę, że podróżnicy przemierzający Stany w poprzek, muszą mieć w sobie coś z romantyka. Ale żeby pożyć trochę w tym kraju, musiałem pracować, tu zdecydowanie włącza się pragmatyzm. Poza tym miałem ambitny plan odłożenia trochę pieniędzy i przywiezienia do Polski.

 Alkoholik na pewnym etapie staje się na tyle psychopatyczny, że zaczyna bać się życia.

M. – Jesteś facetem swobodnie poruszającym się wśród ludzi show-biznesu w Hollywood, a jednocześnie świetnie rozumiejącym  życiowe problemy twoich pacjentów w ośrodku w Janochach.

Włodzimierz – Och, myślisz że w Hollywood mało jest podobnych ludzi? Prochy i alkohol są tam w bezustannym natarciu. I mają niezłomnych degustatorów i wielbicieli.

M. – Byłeś ćmą barową jak Chinaski Mickey’a Rourke’go czy zostawiałeś Vegas jak Sanderson, zagrany przez Nicolasa Cage’a?

Włodzimierz – Coś czuję, że pytasz naprowadzająco i prowokacyjnie, bo wiesz, że zasiadałem przy barze z Nicolasem. Nie rajcowały mnie speluny, po jakich taczał się Chinaski, nie dotarłem też do etapu beznadziejnej umowy z kimkolwiek, polegającej na zakazaniu mówienia sobie prawdy i zakazie pomagania w wyjściu z nałogu. Taki układ ze swoją partnerką zawarł Sanderson. Widzisz, alkoholik na pewnym etapie często staje się na tyle psychopatyczny, że zaczyna bać się życia. A człowiekowi, który boi się życia, łatwiej stać się samobójcą. Po dwóch tygodniach zdjęć do filmu  „Zostawić Las Vegas”, samobójstwo popełnił John O’Brien, autor w dużej części autobiograficznej książki, na podstawie której nakręcono ten film. Geoffrey Firmin, zapijający się w meksykańskim upale konsul, bohater powieści „Pod wulkanem”, to alter ego jej autora – Lowry’ego. Tak się czasem to splata. Jeśli chodzi o mnie, to ja życie kocham. I się go nie boję. Lubię twórczość Mrożka, Wyrypajewa – tam się czuje życie. I może cię zaskoczę, chętnie sięgam po wiersze Leśmiana, mądre i pisane wspaniałą polszczyzną. Posłuchaj Leśmiana w wykonaniu „Grupy bez Jacka”… można zakochać się w życiu i jego liryce.      

M. – Taką mam skromną swoją tezę, że twój wyjazd z ojczystego kraju był też, o ironio, w zestawieniu z napastnikiem, jakąś próbą ucieczki. Może osobistej ucieczki od alkoholu?  Kiedy poleciałeś do Stanów Zjednoczonych po raz pierwszy?

Włodzimierz - W osiemdziesiątym dziewiątym, jako prawie trzydziestolatek. Taki wiek zobowiązuje już do poważnych decyzji. Albo powiem inaczej, do decyzji mających swoją poważną wagę.

M. – Drodze twoich przeżyć towarzyszyła mozaika fantastycznych (blisko science fiction) wydarzeń i wielkich dramatów, począwszy od wyjazdu z rodzinnej Ostrołęki, przez studia medyczne, praktykę lekarską w Polsce, wyjazd do Stanów, podróże i wreszcie, w drugiej połowie  lat dziewięćdziesiątych, założyłeś ośrodek odwykowy w Janochach i własne Glinkowo. Jesteś klasycznym przykładem kowboja, który najeździł się po prerii, zmęczył się tym nieco, znalazł odpowiednią squaw i założył w końcu swoje ranczo. Tym bardziej jest to klasyczne, że wróciłeś w rodzinne strony.  

Włodzimierz – Dużo w tym prawdy, oprócz jednego – ze swoją squaw, czyli moją żoną Basią, jestem od dawna. Towarzyszyła mi w moich wędrówkach i próbach zawojowania świata, często okazując wielką wyrozumiałość i prezentując anielską cierpliwość. Basia jest dla mnie opoką.

M. – Macie córeczkę Julcię. Kilka lat temu przeżyliście dramat nie do opisania, straciliście swoją pierwszą córeczkę ...

Włodzimierz – Tak. Zuzia urodziła się z wadą serca. Nie udało się jej uratować. Kiedy odwiedzam grób Zuzi, śpiewam jej piosenki. Mam jeszcze dorosłą córkę Kasię, z poprzedniego związku.  

M. – Chciałbym, żebyśmy o twoich rodzinnych związkach, a także o latach chłopięcych porozmawiali później, niejako odwijając „życia film”. 

Włodzimierz – Zgoda.

M. – Gwoli wyjaśnienia, ten „ratownik” w pierwszym zdaniu naszej rozmowy, to ratujący ludzi będących na krawędzi. Myślę o pacjentach w twoim ośrodku, no i o wielu ludziach, dla których jesteś terapeutą – przyjacielem. 

Włodzimierz – Nie jestem terapeutą.  Nie ma wyleczenia z nałogu. Jest zaleczenie.

M – Spełniasz rolę lekarza - terapeuty.

 Włodzimierz – Zdaję sobie z tego sprawę. A wracając do tematu ratownictwa, faktycznie są wśród pacjentów tacy, którzy trafili tu zamiast do pogotowia ratunkowego. W stanie bliskim delirium. Leczenie w moim ośrodku jest płatne. Mam świetny zespół terapeutów, specjalistów od uzależnień. Pacjenci, powodowani determinacją własną, a często też najbliższych, decydują się, środkami płatniczymi,  przeznaczanymi wcześniej na spustoszenia organizmu, zapłacić za restaurację... ciała, psychiki i duszy.

M. – Sam to przechodziłeś.

Włodzimierz – Przechodzę cały czas. Nie ma wyleczenia z nałogu, jest zaleczenie. Należy pamiętać, że przestać pić, zażywać, brać… to nie sztuka. Sztuką jest nie zaczynać. Aby tak się stało należy przejść właściwe leczenie kompleksowe i realizować plan zdrowienia. Hańbą nie jest upaść, hańbą jest nie podnieść się. Leczymy u nas z bardzo dobrymi wynikami ciężkie przypadki kliniczne. Pacjent jest pod stałą, profesjonalną opieką lekarską, pielęgniarską i terapeutyczną. Trafiając do nas ma wykonywane szczegółowe badania laboratoryjne, które już w trakcie detoksykacji pozwalają wdrożyć leczenie wykrytych schorzeń towarzyszących. Czuję się potrzebny tym ludziom w ośrodku...

M. – Masz charyzmę, mówiąc patrzysz prosto w oczy. Dajesz im siłę.

 Włodzimierz – Więc jestem im potrzebny i jednocześnie ja ich potrzebuję. Widząc i czując ich, wyzwalam w sobie energię. Każdy przypadek pacjenta jest inny, ale istnieje taki upiorny schemat zdobywania przez alkohol władzy nad człowiekiem, który się powiela. Często w przypadłościach osób leczących się, odnajduję swoje przypadłości.  

M. – Tak, jesteś facetem po przejściach. Pan doktor jest wiarygodny.

 Włodzimierz – Oni wszyscy są po przejściach, często niewiarygodnych.

M. – Chciałbym, żebyśmy porozmawiali właśnie o twoich przejściach. Myślę, że niekoniecznie w postaci zeznań w porządku chronologicznym. Pozwól, że będę zadawał ci pytania o wydarzenia, o implikacje i wnioski. Sam pozwolę sobie pewnie też od czasu do czasu wysnuć jakiś wniosek. Znamy się i przyjaźnimy, namówiłem cię na ten wywiad i jego książkowe wydanie, gdyż masz wiele do powiedzenia, nie tylko w temacie uzależnienia. No i – swoje marzenia i zamierzenia sukcesywnie w ostatnich latach realizujesz. A wiesz, podejrzewam cię o pracoholizm.

Włodzimierz – To częsty przypadek w zastępie alkoholików - autoterapia poprzez pracę. Zresztą, ja nie potrafię działać „letnio”. Zaangażowałem się w budowę domu, w leczenie uzależnionych, w rozbudowę ośrodka. Dzielę swoje zaangażowanie na rodzinę i pracę zawodową. Nie wiem czy dzielę sprawiedliwie, być może za rzadko wyhamowuję działanie i oddaję się refleksji. Lubię pracować pod napięciem, może to jest mi po prostu niezbędne. Podejmowałem decyzje na krawędzi ryzyka. Aby zbudować ten dom, który jest taki jaki teraz widzisz, trzeba było zacząć od zakupu walącego się domostwa, śmierdzącego pędzonym w nim bimbrem. Ten zakup był właściwie „na gębę”, gdyż podpisywałem umowę nie mając jeszcze pieniędzy z kredytu, o który się ubiegałem. Ryzykowne to było, ale czułem, że znalazłem miejsce, w którym chcę już zostać. Ludzie podejmują ryzyko zdając się na swoją intuicję.

M. – Mam dwie uwagi. Pierwsza to taka, że zdarzają się ludzie pracujący bez wytchnienia, gdyż tego wytchnienia najzwyczajniej się obawiają, a druga dotyczy tego, co powiedziałeś o umowie „na gębę”. Jeśli ktoś coś ci sprzedaje, a właściwie daje, biorąc papier umowy bez pokrycia, to znaczy, że posiadasz siłę perswazji i budzisz zaufanie.

Włodzimierz – Nie perswadowałem za bardzo. Po prostu powiedziałem, że chcę kupić to domostwo i kawałek ziemi, i na pewno tu zostanę. Myślę, że ludzie podejmują ryzyko zdając się na swoją intuicję. Bo przecież ten sprzedający też podejmował ryzyko. Wybrałem to miejsce i zapewne widać po mnie było autentyczne chcenie i determinację. Nie było „ściemy”. Tak pewnie czuł to sprzedający.

M. – Masz tutaj konie, to zresztą oczywiste, że kowboj dobrze się czuje w ich towarzystwie. Sprowadziłeś też spore stado zwierząt egzotycznych i dałeś im sporą połać ziemi do dyspozycji. Wykupiłeś dość rozległy teren wokół swego domu także po to, by nikt za blisko się nie pobudował i nie przesłonił panoramy równinnej okolicy. Widzę, że się śmiejesz.

Włodzimierz – Tak rzeczywiście powiedziałem.

M. – Konie i przestrzeń - to rozumiem. O przestrzeni i potrzebie szerokiego horyzontu wspomniałeś, ale skąd to zamiłowanie do egzotycznych zwierząt? Masz tu wielbłąda o bardzo interesującym imieniu – Bentley. Przechadzają się: lama, alpaka, osły, muflony, dziki, dumne pawie...

Włodzimierz – Sam już to powiedziałeś - sprowadzam te zwierzęta z zamiłowania. A zwróć uwagę na moich pacjentów. Czyż nie ma wśród nich egzotycznych osobowości? Być może działam z pewną empatią. Myślę, że sprawia im przyjemność towarzystwo moich zwierząt. Zresztą jest to element terapii. Podobnie jak uprawianie tutaj ziemi. Niepotrzebnie chyba powiedziałem – z moimi zwierzętami, gdyż one są też własnością wszystkich „janochowskich” leczących się. Gdyby nie ośrodek, pewnie nie byłoby ich tyle. Zwierzęta, kort tenisowy, staw rybny, górka saneczkowa, powozy, sala do ćwiczeń sportowych… wszystko to ma wspomagać psychoterapię uzależnień, aby pokazać pacjentom, że trzeźwienie, czyli zdrowienie polega na nauczeniu się nowego pojmowania otaczającej nas rzeczywistości i korzystania z niej.

M. – Rozumiem, że pacjenci wiedzą za co płacą, a płacą dwanaście tysięcy złotych za miesiąc leczenia i pobytu. 

Włodzimierz – Ująłeś to w lapidarny sposób. Płacą za profesjonalizm, wysoką jakość i sprawdzoną efektywność leczenia oraz terapii, całodobową opiekę specjalistyczną. Mają do dyspozycji komfortowe pokoje i to wszystko, co widzisz wokół. Bo za taki poziom można, a nawet trzeba ustalić wysokie stawki, żeby móc to wszystko utrzymać i rozbudowywać „sieć usług”. Weź w cudzysłów tę „sieć usług”, bo mam tu na myśli jeszcze kort tenisowy do dyspozycji, czy strzelnicę. Rozważam też bardzo poważnie sesje skoków spadochronowych, przy odpowiedniej pogodzie i wietrze, oczywiście.

M. – Znowu widzę twój swoisty, nieco przewrotny uśmiech. Jeszcze trochę, a przerodzi się w sarkastyczny w swojej wymowie obronny rechot. To drażliwy temat, ta wysokość stawek za leczenie?

Włodzimierz – Oczywiście, że zażartowałem z tymi skokami spadochronowymi. Myślę jednak od dłuższego czasu o budowie pasa startowego dla małych samolotów. Zdarzają się złośliwe komentarze, najczęściej telefoniczne, gdy podczas sondującej rozmowy na temat warunków leczenia podajemy cenę za pobyt. Powiem ci, że z roku na rok rośnie liczba naszych pacjentów. Opowiadałeś o twojej pracy w Gaudynkach, w jednym z ośrodków Monaru. Po paru miesiącach Marek Kotański powiedział ci, że naprawdę pomożesz pacjentom, jeśli przynajmniej  przez rok zamieszkasz z nimi. Tak zrobiłeś, pomogłeś, ale drogo cię to kosztowało. Za jaką cenę pracowałeś? O ile wiem, kosztowało cię to życie rodzinne, bo ci się  wskutek tej pracy rozpadła rodzina.              

M. – To prawda, było to ćwierć wieku temu. Więc pomyliłem się z tym obronnym rechotem. „Obronny” biorę w cudzysłów. Prawdę mówiąc, to jeśli coś jest tanie, to automatycznie wydaje się mniej warte, albo powiem więcej – mniej wartościowe.

Włodzimierz – Ci, którzy tu przyjeżdżają i zostają, a są wśród nich także narkomani i lekomani, traktują ten pobyt śmiertelnie poważnie. Nie przez przypadek mówię – śmiertelnie, bo często motywacją do leczenia się jest szukanie ratunku przed zejściem śmiertelnym. Z takim lękiem też przywożą ich bliscy. Trafiła do nas pacjentka po dwóch próbach samobójczych - po skoku z trzeciego piętra i zderzeniu się szybkim samochodem z drzewem. Składana była przez najlepszych chirurgów. Powiedziałem jej, żeby podziękowała Bogu i Opatrzności, że chodzi. Powiedziałem, żeby wyobraziła sobie, że pokonała alkohol, czyli swego podstępnego „przyjaciela” i największego wroga, ale jest unieruchomiona na wózku inwalidzkim i bezwładna od pasa w dół. To jej groziło. Zdarzają się pacjenci, którzy właściwie nie zostają naszymi pacjentami, gdyż po wzmocnieniu się kroplówką i uspokojeniu dygotu, opuszcza ich strach towarzyszący agonii i postanawiają drugiego albo trzeciego dnia wyjechać. Głusi na perswazje (czy to łagodne, czy to ostre) podpisują oświadczenie, że na własną prośbę rezygnują z leczenia. Nie lękałbyś się, że jeszcze tego samego dnia zapiją się na amen? A wracając do tematu śmiechu, myślę, że poważne traktowanie swego leczenia to jedno, a świadomość zdrowotnych właściwości poczucia humoru, to drugie.

M. – Czy to znaczy, że za mało serdecznego śmiechu?

Włodzimierz – Dużo serdecznego śmiechu jest, gdy odwiedzają nas rezydenci, którzy wyszli z ośrodka rok albo lata temu. Widać u nich powrót naturalnej radości życia. Przy okazji przypomnę o dobrych właściwościach autoironii. Odpowiedni dystans, a to duża sztuka umieć spojrzeć na siebie z odpowiedniego dystansu, jest na pewno pomocny w zmaganiu się z uzależnieniami.

M. – Są listy tych, którzy wyszli z ośrodka. Pozwól, że zacytuję dwa tegoroczne wpisy do waszej internetowej janochowskiej księgi gości. Listy piszą byli pacjenci. Są tu bardzo budujące wpisy, na przykład od utrzymującego abstynencję pacjenta, który wyszedł sześć lat temu z ośrodka i dziękuje za to, że istniejecie:

Witaj Doktorze! Sześć lat temu  moja rodzina przywiozła mnie do ośrodka w Janochach. Byłem po miesięcznym ciągu alkoholowym, brudny, obolały, utraciłem chęć życia. Zostałem tylko dlatego, że nie miałem siły, aby się zbuntować. Po badaniach okazało się, że mam uszkodzoną trzustkę, wątrobę i wszystkie podroby. Po trzech dniach chciałem zakończyć leczenie, ale dzięki Tobie doktorze i ludziom z którymi pracujesz zostałem. Mam teraz świadomość, że to uratowało mi życie. Byłem u Was osiem tygodni. Był to trudny, ale i ciekawy dla mnie czas. Leczenie ukończyłem w piękny kwietniowy dzień w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. Minęło sześć lat mojego zdrowienia . Obecnie mam normalnie funkcjonującą rodzinę, prowadzę własny biznes. Zawdzięczam to też temu, że są "Janochy", że jak mi jest ciężko, to mogę do Was zadzwonić czy przyjechać. Dzięki tym wizytom, które pewnie doktor pamięta, dostaję nową energię do życia. Wybieram się znowu do Was w kwietniu na kolejną Sesję Zapobiegania Nawrotom.

M. - To laurka, prawda?

Włodzimierz – Nazywaj jak chcesz. Myślę, że to szczery list.

M. – Nie przeczę. Jest też taki:

Uff. Prawie poległem. Gówniany okres świąteczny, te ciągłe życzenia i alkohol wkoło. Męczy mnie ta abstynencja. Wszędzie widzę wódę, otacza mnie morze, wóda, morze wódy. Oraz te wyrozumiałe spojrzenia pijących. To jest szantaż. Gówno. Męczy to.

Włodzimierz – To też szczery wpis. A moja odpowiedź autorowi to – uciekaj, uciekaj od takich sytuacji, od takich świąt, nawet jeżeli to są Święta Bożego Narodzenia albo Święta Wielkanocne. I przyjeżdżaj do Janoch doładować akumulatory. Przedstawiam się, bo nie jestem anonimowym alkoholikiem – mówi gość.

M. – Opowiadasz w ośrodku dużo dowcipów. Zdaję sobie sprawę, że zazwyczaj w  celu rozładowania napięcia. Zdarza się przecież często, że pacjent usłyszy od terapeuty według niego dość brutalną prawdę o sobie, a także, że tonem despoty przypominasz o zaleceniach i twardych regułach, których muszą się trzymać. Rozbawiłeś niedawno towarzystwo, opowiadając o gościu kupującym butelkę Smirnoffa. Jak to było?

Włodzimierz – Dowcip rozładowuje napięcia i jest antidotum na agresję. Pamiętaj, że alkoholik czy narkoman bardzo łatwo przechodzi ze stanu rezygnacji w stan wzmożonego napięcia emocjonalnego i agresji. A ten dowcip z kupującym wódkę brzmiał tak: Podchodzi facet do baru i zamawia butelkę Władimira Smirnoffa. – Jan Kowalski jestem – przedstawia się barmance. - Nie musi pan mi mówić, jak się nazywa – mówi do  niego barmanka. – Przedstawiam się, bo nie jestem anonimowym alkoholikiem – mówi na to gość... Mogę też opowiedzieć drugi dowcip, który chętnie opowiadają sobie pacjenci mojego ośrodka. Jest krótki i brzmi tak: Spotyka się dwóch psychologów. – Cześć, co u ciebie słychać? – mówi jeden do drugiego. – A co, chcesz o tym porozmawiać? – ten drugi psycholog odpowiada pytaniem na pytanie pierwszego psychologa. 

M. – Piękne anegdotki. A wiesz jak zabawne może być dla gościa odwiedzającego ośrodek wydarzenie, którego byłem świadkiem... Siedzieliśmy przy kolacji, obok mnie jadł, a właściwie próbował przeżuwać kawałek wędliny, pacjent z jednodobowym stażem. Widać było, że jeszcze bardzo walczył ze skokami ciśnienia i rozedrganym żołądkiem. Podano mu kieliszek z grubego szkła z lekarstwami. Szybko przechylił go do ust i łyknął na raz wszystkie tabletki. Obserwował go ośrodkowy terapeuta Bronek i rzucił – O, tego właśnie musisz się oduczyć. Nie będziesz na pewno w taki sposób tutaj łykał tabletek.

Włodzimierz – Anegdotyczne, ale prawdziwe.

M. – Właśnie, opowiadałeś mi sporo o twoich przejściach, anegdotycznych, ale prawdziwych. Rozprostujmy trochę kości, łyknijmy świeżego powietrza i prośbę mam, żebyśmy wrócili do  aromatycznej kawy, domowego ciasta i do wydarzeń w twoim życiu najbardziej znaczących.  

Włodzimierz – Zatem zapraszam na spacer. Acha, uzupełnię zapas czekoladek, dostarczają organizmowi magnez, wypłukiwany przez kawę. Przyjemniej jest regulować poziom tak potrzebnego pierwiastka czekoladą niż kroplówką. A magnez ma olbrzymi wpływ na stan naszego układu nerwowego. Szybko wypłukuje go alkohol. Magnez przydatny jest w zwalczaniu stresu. Ale z magnezem nie należy przesadzać, gdyż jego stosunek do wapnia na przykład powinien wynosić jeden do dwóch. Tak więc ostrożnie z czekoladkami, bo jeszcze nie jesteśmy wapniakami. No, chodźmy rozprostować te nasze kości. Co tak ci się mina nagle wydłużyła? Naprawdę nie wyglądasz na wapniaka, chociaż powoli zbliżasz się do sześćdziesiątki. Chcesz zobaczyć dzieci Weny?

M. – Jakąś metaforą mi to pachnie. Widzę twój przewrotny uśmiech.

Włodzimierz – Wena jest suką rasy labrador. Niedawno się oszczeniła i mamy dziewięć małych szczeniaków labradorków. Wszystkie mają imiona na literę „A”. Wymyślanie ich było niezłą zabawą. Uważaj, kiedy będziesz chciał pogłaskać dzieci Weny, mają już ostre ząbki. Zawsze mnie pociągała cyganeryjna, bohemowa kreatywność. Z lumpenproletariatem, z ideą picia dla picia, nigdy bym się nie związał.

M. – Utkwiło mi w pamięci twoje stwierdzenie, że wszyscy jakby żyjemy swoim rytmem. Wpadamy w rytm pracy albo zabawy, rytm działania z premedytacją albo życia z dnia na dzień. Dobrze jest się zatrzymać i wsłuchać w rytm - czy załamuje się i czy akurat nam dobrze służy. Tak to mniej więcej powiedziałeś. Na pewno przeżywałeś okresy działania, że tak to nazwę, w rytmie beztroskiego lata albo wręcz beztroskich lat.

Włodzimierz – Pewnie zmierzasz do pytania, czy miałem świadomość, na ile mi służy to, co robię.

M. – Tak. Czy zdawałeś sobie sprawę z tego, jak się nakładał i rozmijał rytm pozytywistycznej pracy, na jaką się decydowałeś, z rytmem cyganeryjnego życia, jakiemu się oddawałeś?

Włodzimierz – Trudne i jakoś skomplikowane pytanie. Może jednak decydowałem się na cyganeryjne życie, a nie jemu się oddawałem albo poddawałem. Raczej z wyboru chciałem obcować z bohemą... Twórcze osobowości przyciągają. Wiesz, można to chyba nazwać rodzajem uzależnienia, nie od życia na ciągłym gigancie, na wykręcaniu numerów... myślę o tym, co czułem. Życie cyganeryjne uzależnia swoją kreatywnością. Koloryt swoją drogą, ale myślę, że mnie zawsze pociągała i uzależniała cyganeryjna, bohemowa kreatywność... dobrze to przecież znasz. Coś wynika z bycia, coś zostaje... Z lumpenproletariatem, z ideą picia dla picia, cwaniakowania, zdobywania kasy na alkohol, bym się nie związał. A co do tego rytmu, mówiłem o nim metaforycznie. Użyłem jako przenośni, przywodzi na myśl wyrażenie „wypaść z rytmu”, a czasem warto to zrobić.        

M. – Idiomatyczne wyrażenie.

Włodzimierz – Tak, nie mylić z idiotycznym.

M. – Lubisz słuchać bluesa, a przypomniały mi się słowa ładnego bluesa, napisane przez Bogdana Loebla, śpiewanego przez Mirę Kubasińską z zespołem Breakout - „słuchać rytmu serca bębna”, a może „... głosu serca bębna”. Wydaje mi się, że jedno i drugie słowo pasuje. Poza tym „wyłamanie” to „breakout”, czy tak?

Włodzimierz – „to break out” możesz przetłumaczyć jako „oswobodzić się”. Jeśli dodasz „of prison”, to dodasz – z więzienia. A jasne, że lubię bluesa i śpiewanie Kubasińskiej i Nalepy, Claptona, Mayalla, Kinga. Clapton napisał piękną piosenkę poświęconą pamięci swego tragicznie zmarłego synka – „Tears In Heaven”, czyli „Łzy w niebie”.

M. – A wracając do rytmu życia. Proszę o hollywoodzką historię z japońską księżniczką, bo moim zdaniem to był sygnał, że czas wyłamać się z rytmu.

Włodzimierz – Domyślam się, o jaki sygnał chodzi  w kwestii wyłamania się czy oswobodzenia się. To zdarzenie  było potwierdzeniem reguły schematu. Właściwie bohaterem nie była kobieta. Miałem piekielnie odpowiedzialne zadanie odebrania z lotniska ważnej Japonki z arystokratycznego rodu, córki pierwszego powojennego japońskiego premiera i dostarczyć vipowemu towarzystwu, oczekującemu na jej przyjazd. Samolot lądował około południa, a ja obudziłem się rano po długiej nocy i krótkim śnie. Dygot rąk, a również wnętrzności, z mózgiem włącznie. Zrealizowałem potrzebę pomocnego wyrównania poziomu alkoholu i postanowiłem powoli przemieszczać się w kierunku lotniska. Obudziłem się tam, dokąd zmierzałem, z tym  że był już wieczór, a ja przy barze. Okazało się, że moja Basia odebrała tę Japonkę i, rada nie rada, zawiozła do jej rezydencji. Co byś w tym momencie zrobił na moim miejscu?

M. – Coś bym zamówił w barze.

Włodzimierz – To później. Najpierw się sprawdza, co zostało w kieszeniach. Portfel był na swoim miejscu, karty płatnicze też, i było jeszcze coś, no właśnie – bilet do Londynu. Na bezfilmiu kupiłem bilet powrotny do Europy. Na trzeźwo bym tego nie zrobił, więc był to podkorowy sygnał, sygnałówka do odwrotu.

M. – Zatrąbiła i co?

Włodzimierz – I nic. Nie odleciałem. Przeżyłem wstrząs, zostałem zdiagnozowany. Jakby ktoś trzymał w ręku wynik mojego prześwietlenia.

M. – Jednak jakiś punkt zwrotny nastąpił. Czy zdarzyło się coś, jakieś wydarzenie załamujące ten, że tak go nazwijmy, rytmiczny ciąg? Czy może decyzję o bezwzględnej abstynencji podjąłeś po jakichś introspektywnych przemyśleniach?

Włodzimierz – Ta Japonka powiedziała mi takie zdanie – Nie walcz  o pieniądze, nie walcz o prestiż, rób dobrze swoje, a nagroda przyjdzie. A odpowiadając na twoje pytanie o punkt zwrotny…Był pewien wieczór w Seattle, czułem się podobnie jak tego przedpołudnia, kiedy wyruszałem na lotnisko.  Przebudziłem się pod wieczór. Dotarłem do najbliższego baru...

M. – Przepraszam, jak dawno to było?

Włodzimierz – W dziewięćdziesiątym czwartym, dokładnie piętnaście lat temu. Więc dotarłem do tego baru, byłem opanowany..., ale przez znajomy dygot wewnętrzny. Poprosiłem o szklaneczkę whiskey, zdaje się, że była to zbożowa Hudson Manhattan. Barmanka obrzuciła mnie fachowym spojrzeniem i zapytała, czy nie chcę przypadkiem podwójnej. Odpowiedziałem, że jasne. Po tej podwójnej zamówiłem następną, wyrażając głośno nadzieję, że ta już zada spokój organizmowi. Zgodziła się z tym ta sympatyczna barmanka. Pogadaliśmy trochę i w pewnym momencie, po trzech wypitych szklankach whiskey, kiedy czułem się już „dobrze”, powiedziała wprost – Widzę, że masz problem. Głupio było zaprzeczyć po trzech wypitych szklankach, bo któż normalny wypija taką ilość, żeby poczuć się lepiej? Na dodatek wyglądając na trzeźwego. Zapytała, czy chcę pomocy? – Nastąpiła burza mózgu; jak można odmówić aniołowi, który rozumie mnie, podając zbawienne szklanki z alkoholem i wie, że potrzebuję pomocy? Wręczyła mi wizytówkę. - Szkoda ciebie, wyglądasz na ciekawego i porządnego faceta – stwierdziła z autentyczną troską - masz tu telefon i adres do moich przyjaciół niedaleko stąd. Założyli grupę AA, zajrzyj do nich – powiedziała to jak stara dobra przyjacióła. Sama należała do tej grupy. Przeżyłem wstrząs. Zostałem zdiagnozowany. Jakby ktoś trzymał w ręku wyniki mojego prześwietlenia. Widzisz, diabli wiedzą, kiedy nadejdzie iluminacja.

M. – W psychologii nazywana „zjawiskiem aha”.

Włodzimierz – Zgadza się. Nagle pojawiło się gotowe rozwiązanie problemu. Świadomość, że tak należy zrobić, że przecież już czas. No, po bardzo długim okresie nieświadomości. Czas mija bezpowrotnie, musiałem zdać sobie sprawę, że zaczynam bezpowrotnie tracić szansę na realizację tego, co sobie zamarzyłem.

M. – Jest takie pomocne rozważaniom słówko „gdyby”. Gdybyś wybrał się do tego baru dwa, trzy, pięć lat wcześniej, gdybyś trafił na tę barmankę i powiedziałaby ci to samo, czy przeżyłbyś wtedy olśnienie?

Włodzimierz – Nie wiem, trudno powiedzieć. Na podjęcie decyzji składa się splot okoliczności i oczywiście czas, moment jej podjęcia. Jasne, że musiałem dotrzeć już do pewnego momentu, punktu, w którym byłem zdeterminowany do decyzji – wyczyszczam swój organizm z alkoholu. Czas mija bezpowrotnie, musiałem zdać sobie sprawę, że zaczynam bezpowrotnie tracić szansę na realizację tego, co sobie zamarzyłem, że marnuję okazję, jedna po drugiej.

M. – Rodził się żal – szkoda, że tak się stało?

Włodzimierz – Tak, nie jestem typem roztrząsającym zmarnowane okazje, ale przyszedł wtedy czas uświadomienia sobie, że okazje mogą się nie powtórzyć.

M. – Pojawiły się wyrzuty sumienia?

Włodzimierz – Też. Pomagają w tym najbliżsi, to znaczy - z ich powodu przychodzą wyrzuty sumienia.  Była przy mnie Basia, dorastała wtedy moja córka Kasia, w Stanach zamieszkał mój brat. A ja – syn, brat, mąż, ojciec marnotrawny. Marnotrawiłem zdrowie, czas i pieniądze, taka właśnie przyszła świadomość. Nie wiem, czy gdybym wcześniej trafił do tego baru, czy tak podziałałoby to, co powiedziała barmanka. Być może nie. Być może trzeba płynąć aż się dopłynie do punktu zwrotnego, on sam do ciebie się nie zbliży ani o centymetr. Dopłyniesz i dopiero wtedy możesz wykonać nawrót.

M. – Julio Cortazar bardzo plastycznie opisał w jednej ze swych powieści przypadek faceta, któremu zabagnia się życie z powodu jego niefrasobliwości.  Postanawia dotrzeć do dna niepowodzeń, do twardego gruntu, którego przebić nie można, a wypada tylko się od niego odbić.

Włodzimierz – Użyłeś słowa „niefrasobliwość”. Chyba celne słowo w moim przypadku.

M. - Przypadki człowieka niefrasobliwego...

Włodzimierz – No tak, powiedziałem wcześniej o własnej nieświadomości. Myślę, że jednak miałem świadomość uzależnienia i skutków działania alkoholu, ale byłem w tych wszystkich swoich poczynaniach niefrasobliwy. Niby dbałem o siebie i najbliższych, potrafiłem zarobić pieniądze, jednak gdzieś tam odzywało mi się, że stać mnie na więcej, że nie zatapiam się i nie zatopię, ale dryfuję w bliżej nieokreślonym kierunku. Jakby rytm działania wyznaczała chęć przeżywania, poznawania. Poznałem dużo ciekawych ludzi.

M. – Ludzi o silnych, twórczych osobowościach?                         

Włodzimierz – Na pewno. Z takimi szalenie łatwo o nagłą decyzję wyruszenia w podróż.

M. – W podróż na szlak? Mam na myśli wędrowny szlak, naznaczony knajpami, krótko mówiąc – wędrówkę po knajpach.

Włodzimierz – Niekoniecznie na szlak, można wsiąść w jeepa i wyruszyć na prerię, albo odwiedzić inny stan.

M. – Steve  McQuenn podobno zabierał goszczące u niego towarzystwo na nieco szalone przejażdżki jeepem po prerii. Towarzystwo nie było zadowolone, szczególnie panie.

Włodzimierz – Opowiadał o tym Roman Polański. Ja powiedziałem o podróży – ucieczce do innego miejsca. Ot tak, zmienić klimat. Piękne podróże odbyliśmy z Basią. Zwiedzaliśmy Chiny i Tajlandię. Chłonęliśmy egzotykę i odmienną kulturę. To były niesamowite, naprawdę piękne podróże.

M. – Silną i twórczą osobowość posiadał Marek Kotański. Spędziłem z nim kilka dni podczas jego wizyty w Berlinie Zachodnim ( jeszcze w latach osiemdziesiątych ). Marek pojechał tam dzielić się swoimi doświadczeniami w pracy na rzecz przeciwdziałania narkomanii. Po oficjalnych spotkaniach bardzo intensywnie zwiedzaliśmy Berlin, Marek był niespożyty w tym zwiedzaniu i wykazywał wielką kondycję w nocnych nasiadówkach. – Jestem w podróży, chcę poczuć klimat miasta – powtarzał, gdy namawiałem go do odpoczynku. A przypomniał mi się nie bez przyczyny, gdyż widzę sporo podobieństwa między jego osobowością a twoją. Na pewno w sposobie angażowania się w ludzi i w swoją pracę. Niczego nie traktował „letnio”, był człowiekiem „gorącym”, tak jak ty. 

Włodzimierz – Nie wiem, to twoje zdanie.

M. – Nie tylko, powiedziałeś wcześniej w naszej rozmowie, że nie potrafisz działać „letnio”. Wróćmy jednak do podróży. Mam prośbę, byś przytoczył kilka przykładów  nieoczekiwanych zmian miejsc, które czymś szczególnym zaznaczyły się w twojej pamięci. A może też kimś szczególnym. Takie, które mogły być małymi punktami zwrotnymi...

Włodzimierz – Moja pierwsza, jak to nazwałeś nieoczekiwana zmiana miejsca, zdarzyła się w latach siedemdziesiątych. W trzeciej klasie liceum wygrałem konkurs, organizowany przez SZSP i w nagrodę pojechałem do Francji. Wtedy każdy Polak, który po raz pierwszy wyjechał na Zachód, przeżywał to niesamowicie. Chłonąłem ten nowy dla mnie świat z szeroko otwartymi oczami. Chodzenie po ulicach Paryża było kompletnie czymś innym od życia za „żelazną kurtyną” i oglądania Zachodu na filmach.  Na początku lat osiemdziesiątych byłem studentem Wojskowej Akademii Medycznej. Mimo bardzo dobrych ocen i zaproszenia, nie mogłem ponownie pojechać na Zachód. Zbuntowany, w sposób mi wiadomy, opuściłem wojskową uczelnię i ukończyłem Warszawską Akademię Medyczną. Po otrzymaniu dyplomu pracowałem w jednym z mazowieckich szpitali.

M. – A Nowy Jork zwiedzałeś...

Włodzimierz – Tak, dziesięć lat po Paryżu był Nowy Jork. Wylądowaliśmy z Basią w Stanach bez wielkiego planu zdobywania świata. Przede wszystkim to byliśmy na niego otwarci. No i ciekawi tego świata. A mówiąc o otwartości na świat, mam na myśli też otwartość na ludzi. W Stanach szybko się okazało, że bycie wprost w kontaktach międzyludzkich może się natychmiast przełożyć na konkretne działanie. Trzeba też wyzbyć się kompleksów, trzeba być napastnikiem… No tak, wspomniałeś już wcześniej o tym napastniku, faktycznie taka życiowa rola, czy postawa… coś z napastnika jednak posiadam. I będąc trochę napastnikiem, i wyzbywszy się kompleksów, dostawałem to, czego chciałem.

M. – Powtarzasz hasło – kompleksy. Chodzi o kompleks „Polaczka”?

Włodzimierz – Niekoniecznie „Polaczka”. To hasło tam do tej pory funkcjonuje, a taką „inwektywę” rzucił Jack Nicolson w stronę Romana Polańskiego podczas zdjęć do  „Chinatown”. Było to, według relacji Polańskiego, podczas kłótni poza planem. Ale ja, mówiąc o kompleksach, myślę o syndromie Polaka zadętego, cierpiącego za inne nacje, odważnego, mądrego i kulturalnego, a jednocześnie świadomego, jak wielki  dystans jest do pokonania, by swobodnie porozumieć się z Amerykanami, Meksykanami, Portorykańczykami i innymi nacjami. Nie tylko w sensie znajomości języka. Żeby było dobre porozumienie, trzeba mieć autentyczny, prawdziwy szacunek do ludzi, a tego Polakom brakuje.           

M. – Masz na myśli nietolerancję odmienności?

Włodzimierz – Nie tylko, nie do końca. Są Polacy szalenie w porządku, akceptujący odmienność, nieważne czy rasową, czy seksualną. Czujesz, że w ich świadomości nie tkwi to bezsensowne poczucie ważności i wyższości. Ale jest ich kilka razy mniej od tych, którym zwyczajnie wydaje się, że są lepsi od reszty. I stąd się bierze ich brak szacunku wobec ludzi. W Stanach widziałem sporo takich ludzi, oczywiście nie tylko Polaków, którzy kręcili się w zaklętym kręgu znajomych, takich samych jak oni. Nie wkraczali w amerykański świat ludzi sztuki czy biznesu, chociaż mogliby swobodnie to zrobić. Ale właśnie, trzeba być swobodnym i mieć szacunek do ludzi, a nie hodować zawiść. Szybko zrzuciłem nadwagę zakompleksionego i „ważniakowatego” Polaka.

M. – Ty wkroczyłeś w ten świat, więc mówisz to autorytatywnie.

Włodzimierz – Wkroczyłem, a i nie chwalę się, że w związku z tym mam te przymioty, które wymieniłem. Ja myślę, że czułem, że przywiozłem w sobie do Stanów też te parę deko, czy parę kilo zakompeksionego i „ważniakowatego” Polaka. Szybko tę nadwagę zrzuciłem. 

M. – Ciekawą pracę załatwili ci w Stanach jednak Polacy.

Włodzimierz – Tak, od polskiej pośredniczki, której mąż był weteranem wojny wietnamskiej, dostałem propozycję posady – zarządca domu multimilionera. Wskoczyłem do głębokiej wody, bo to było wyzwanie - dać sobie radę w Beverly Hills w zarządzaniu rezydencją, w której samymi tylko ogrodami opiekowało się siedmiu ludzi. Trzeba było ogarnąć kilkadziesiąt pokoi, ogród i przepływ gości, bardzo zresztą interesujących. Pewnie zapytasz o szczegóły takiej pracy. Zanim to zrobisz, to ci powiem, że zawistny rodak złożył donos na mnie, a chodziło mu o to, bym tę pracę stracił.

M. – Donos był skuteczny?

Włodzimierz – Nie. Amerykanie potrafią wartościować. Stracił na tym ten zawistny rodak. Co ciekawe, usiłuję sobie teraz przypomnieć jego nazwisko, no i jakoś nie mogę. Nawet imienia… Wynika z tego, że człowiek małego formatu nie wart jest pamiętania. Trzeba pamiętać tylko, że tacy istnieją. A na przykład pamiętam nazwisko sympatycznego pana Staszka, dobrego człowieka, do którego dzwoniłem, kiedy trzeba było na przykład założyć oświetlenie w ogrodzie jakiejś rezydencji. Przedstawiałem właścicielowi oferty kilku firm, w których kwoty wahały się w granicach sześciu, do ośmiu tysięcy dolarów i na koniec ofertę pana Staszka za pięć tysięcy, z sugestią, że jest bardzo ok. Pan Staszek był mi wdzięczny, bo nigdy nie sądził, że tyle można wziąć.   

M. – Zarządzanie domem milionera, producenta filmowego czy aktora, musiało być bardzo interesujące, zajmujące, absorbujące…

Włodzimierz – Ludzie. Nie dom, a ludzie. Angażujesz się w ich sprawy, zaprzyjaźniasz się, przejmujesz ich porażkami, opijasz zwycięstwa. Z Andy Granatellim, człowiekiem twórczym, bo stworzył Indianapolis 500, rozmawiałem o codziennych sprawach i słuchałem uwag, jak należy poruszać się w świecie wielkiego biznesu. Jednocześnie  miałem obowiązek dopilnowania wszystkich spraw związanych z domem, od ogrodników, poprzez dostawców, do odbierania i przekazywania telefonów i korespondencji. Właściciel jednej z rezydencji, którą zarządzałem, wszedł na ścieżkę wojenną ze swoją żoną. Było jasne, że skończy się to rozwodem. Zdajesz sobie sprawę jak rośnie napięcie, kiedy zaczynają się ostre wzajemne najazdy małżonków, a podmiotem jest podział majątku? Raczej nie było możliwości zajęcia dyplomatycznego, bezstronnego stanowiska. Byłem powiernikiem dwóch stron, zdecydowanie jednak większą sympatią darzyłem faceta…, ale jego żona była sprytniejsza i zgarnęła większość ich majątku.

M. – Łącznie z domem?

Włodzimierz – Tak. I dlatego musiałem zmienić pracodawcę. „Niesforny chłopiec” zawsze się może we mnie albo w tobie odezwać.

M. – Zdarzały ci się  alkoholowe wieczory z pracodawcą?

Włodzimierz – Jasne, że tak. Dlaczego tylko wieczory? Były i całe weekendy. Na przykład w Malibu, gdzie byłem majordomusem rezydencji sprzedanej przez Kenny Rogersa. Był poniedziałek po takim weekendzie. Wpadł Edgar Bronfman, ważny człowiek z branży filmowej.  Czekając na właściciela poprosił o drinka. Byłem sam, zaproponowałem Chivasa, ale niestety za późno spostrzegłem, że wszystko co dobre było wypite. Wlałem więc do oryginalnej butelki coś niemarkowego i przygotowałem przy gościu drinka. Lekko zdrętwiałem, kiedy zobaczyłem wyraz jego twarzy przy pierwszym łyku. Spojrzał na mnie z miną ojca karcącego niesfornego chłopca i powiedział – Co, nie zdążyłeś rano uzupełnić zapasów? Nie martw się, ja to rozumiem, przecież jest poniedziałek. Podobna historia zdarzyła się, kiedy „majordomowałem” u Barry’ego Dillera, wielkiej postaci w showbiznesie. Przyszedł Calvin Klein i czekając aż Barry wyjdzie z kąpieli, przytaknął na moją propozycję napicia się wina. Nalałem mu z napoczętej dwa dni wcześniej i zakorkowanej butelki francuskiego wina. Po pierwszym łyku poskarżył się, że zwietrzałe. Był jednym z koneserów szlachetnych trunków, podobnie jak Bronfman i wielu innych w tym świecie. Nauczyłem się być ostrożnym przy podawaniu trunków. Mogłem to potraktować jako sygnał  – być ostrożnym z trunkami. Ale powstawały wtedy przyjaźnie nie tylko oparte o barek. James Buracchino, którego rezydencją zarządzałem, jest praktycznie abstynentem. Kilka lat temu przyjął moje zaproszenie i przyjechał do Polski. Bardzo mu się u nas podobało, świetnie się bawił w Mikołajkach u Gołębiewskiego, oszołomiony był Krakowem.

M. – Mówiliśmy wcześniej o tobie jako człowieku niefrasobliwym. Niekoniecznie z gruntu niefrasobliwym. Powiedzmy, że czasami się taki odzywa, wyskakuje znienacka, jak diabeł z pudełka. Dodałbym jeszcze - niesforny. Są mężczyźni, w których przez całe życie tkwi „niesforny chłopiec”. Napisałem kiedyś wiersz, który pamiętam i jeśli chcesz, to ci przytoczę.

Włodzimierz – Bardzo proszę. W tej naszej rozmowie jest dość sporo przenośni i porównań. Wiersz będzie bardzo na miejscu.

M. – Brzmi tak:

Pochowajcie  mnie

w prześlicznym miejscu

pod dłońmi

mojej ukochanej

ziemi

nie żałujcie

obym się już nigdy nie wydostał

by zagrać życiową rolę

niesfornego chłopca

Pochowajcie mnie

na czas

jaki

musi minąć 

 

Włodzimierz – Dość przejmujący kawałek. „Niesforny chłopiec” zawsze może się we mnie albo w tobie odezwać. Jest to przecież możliwe.

M. – Znowu dotknęliśmy śmierci. Poruszaliśmy ten temat wcześniej. Żeby zrobiło się lżej, zacytuję ci myśl Sztaudyngera – Śmierci nie ma, jest tylko przed nią trema.

Włodzimierz – Trema… Wiesz, przypomniała mi się teraz piosenka I Live My Way. Nie traktuje bezpośrednio o śmierci. Śpiewał ją Sinatra, śpiewał Presley, a mnie najbardziej podoba się koncertowe wykonanie Robbiego Williamsa. Możesz znaleźć w  internecie. Tekst jest o wyborze swojej  drogi. Jest o tym, że sam wybieram, jestem wolny. I chociaż różnie bywa z tymi wyborami, chociaż czasem wymiotuję tym, co wybrałem, to zawsze mam wolność wyboru swojej drogi. Robiłem wiele nieetycznych rzeczy. Starałem się żyć godnie, ale popełniałem błędy.  

Takie jest przesłanie tej piosenki. 

Mam propozycję, jeśli pozwolisz, zróbmy sobie przerwę. Chodź, posłuchamy Wysockiego, bo od rana chodzi za mną jego głos. Jeśli masz ochotę, to zapraszam na kilka piosenek Wołodii. Posłuchamy o koniach narowistych.

 

M. – Mam ochotę, posłuchajmy...


Cały wywiad ze zdjęciami ukaże się niebawem w wydaniu książkowym.


Czy legalizować tzw. narkotyki miękkie

Data dodania: 2009-07-05 20:51:25

 

Czy legalizować tzw. narkotyki miękkie - wywiad z dr Włodzimierzem Glinką a Michałem Stangret

Szamani w Amaryce Południowej palą marihuanę i potrafią w zdrowiu żyć po 100 lat. Może przesadzamy nazywając zwykłe zioło niebezpiecznym narkotykiem?

Ale od połowy lat 80-tych na rynku nie ma już naturalnego zioła. Nie ma już zwykłej marihuany jaką kiedyś paliły Dzieci Kwiaty. To co trafia na rynek to chemicznie przetworzone zioło, które oprócz tego, że zamiast 0,5 proc. potrafi mieć do 25 proc. THC, to co najhgorsze jest na wskroć przesiąknięte chemicznymi wzmacniaczami, opryskane substancjami opiatowymi, albo DDT, a kto wie, czy nie jest jest jeszcze przez dealera popryskane muchozolem. Czy ten kto chce sobie przypalić, jest w stanie sprawdzić co pali?

Wie na przykład, że bierze ze sprawdzonego źródła.

Temu kto dziś sprzedaje, czy produkuje ostry narkotyk pod szyldem marihuany jako miękkiego narkotyku, chodzi - ni mniej ni więcej - tylko o to, by zdobyć klienta. Zrobi co może by klienta złamać i uzależnić.

Nawet jeśli, to od jednego jointa można się uzależnić?

Niech pan przyjedzie do mojego ośrodka. Większość z tych, którzy się tu leczą, zaczynało od marihuany. Teoretycznie byli świetni. Byli przekonani, że zapalą raz, drugi i koniec. Nikt z nich nie przypuszczał, że tak skończą.

To są osoby z dobrych domów, zwykli ludzie?

Niektórzy biorą bo mają, inni, bo mają. Dziś na marihuanę stać każdego.

Może jednak nie warto karać za posiadanie niewielkiej ilości marihuany na własny użytek?

Ależ proszę pana, ja prowadzę prywatny ośrodek, i gdybym myślał jak biznesmen, to bym powiedział: tak legalizować, nie karać. Bo miałbym więcej roboty. Ale nie mogę tego powiedzieć, zbyt dużo widziałem straconych żyć. Czy pan wie ilu widziałem młodych inteligentnych ludzi, którzy myśleli, że sobie tylko popalą od czasu do czasu. Oni byli święcie przekonani, że nie dopuszczą do sytuacji, by wejść w nałóg. Myśleli sobie, że gdy zobaczą, że coś idzie w złym kierunku, przestaną. Problem w tym, że nie dostrzegli. Budzą się po latach i widzą, że coś umknęło ich kontroli, nie mają pojęcia jak to się mogło stać. Są sfrustrowani widząc jak w międzyczasie świat poszedł do przodu, ich znajomi się rozwinęli. To tylko część bólu, bo ci ludzie często są już intelektualnie uwstecznieni. Teoretycznie jesteśmy mistrzemi w budowaniu sobie planów. Praktyka pracy z uzależnionymi pokazuje co innego.

Odurzeni TRAMPKIEM (tramalem)

Data dodania: 2009-05-10 16:52:42

Link do artykulu: http://www.przekroj.pl/wydarzenia_kraj_artykul,1535.html

 

– Internet ułatwia branie. Na forach nastolatki wymieniają się informacjami, jaki to „odlot” jest po tramalu i gdzie można go kupić – mówi Włodzimierz Glinka, dyrektor Ośrodka Terapii Uzależnień „Janochy”.

Odurzeni tramalem

My dzieci z dworca ZOO

Data dodania: 2009-04-14 17:11:52

Link do artykulu: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/my_dzieci_z_dworca_zoo_zycie_pisze_kolejne_rozdzialy_73377.html

 

Z mojego doświadczenia wynika, iż po długim okresie abstynencji u wielu osób powracających do nałogu występuje tzw. kasacyjne ćpanie - powiedział Wiadomościom24 pracujący od lat z osobami uzależnionymi dr Włodzimierz Glinka.

 

My dzieci z dworca ZOO

Co wirtualne gry mogą zrobić z człowiekiem?

Data dodania: 2009-04-08 11:37:21

 

O uzależnieniach od gier wirtualnych mówi się na razie niewiele. Może dlatego, że wydają się one nie aż tak groźne, jak na przykład narkomania. Jednak o tym, że nie należy ich lekceważyć, świadczą zdarzające się na świecie przypadki śmierci osób, które do tego stopnia zaangażowały się w grę, że ich organizm nie wytrzymał obciążenia.

Do prywatnego ośrodka terapii uzależnień we wsi Janochy w woj. mazowieckim mało osób zgłasza się bezpośrednio ze wspomnianym problemem. "Uzależnienie od gier wychodzi na jaw najczęściej przy okazji innych, ponieważ często jedno pociąga za sobą kolejne" - mówi dyrektor ośrodka, lek. med. Włodzimierz Glinka. Chorzy w pierwszej kolejności przychodzą z uzależnieniami chemicznymi, czyli związanymi bezpośrednio z określonymi substancjami. Tymczasem w przypadku pracoholizmu, uzależnienia od hazardu lub gier również następują w organizmie człowieka przemiany biochemiczne. "Wydzielają się wtedy endorfiny i adrenalina. Człowiek uzależnia się w ten sposób od potrzeby wykonywania danej czynności" - mówi Glinka.

O uzależnieniu od gier można mówić wtedy, gdy chory spędza cały czas przy komputerze zaniedbując sen, życie towarzyskie i posiłki i kiedy nałóg zaczyna niszczyć jego sferę partnerską i zawodową. Tak było w przypadku jednego z pacjentów ośrodka, który dla gry rzucił szkołę albo pacjenta, który grał w jedną grę przez 2,5 roku. "Mimo że nie jest to uzależnienie chemiczne, zabiera czas i prowadzi do ciężkich zaburzeń psychicznych i psychofizycznych" - mówi Glinka. "Z czasem będziemy obserwować coraz więcej takich uzależnień" - ostrzega.

Jak na razie problem na szerszą skalę istnieje głównie w krajach azjatyckich - Chinach, Japonii, Korei czy Wietnamie, gdzie powstają wyspecjalizowane ośrodki terapii tego typu uzależnień. Według informacji podanych przez portal 4press.pl, firma Xtive z Korei Południowej opracowała nawet sposób, który miał ograniczyć to negatywne zjawisko: stworzyła program, który odtwarza pewną sekwencję dźwięków, mającą zmuszać gracza do zrobienia sobie przerwy. Dźwięk ten to bodziec podprogowy, który może być odbierany tylko podświadomie. Komunikat o zaprzestaniu grania jest powtarzany z niewiarygodną prędkością od 10 tys. do 20 tys. razy. Nie da się co prawda rozpoznać znaczenia słów, ale są one podobno rejestrowane przez ludzką podświadomość.

Zapobieganie uzależnieniom od gier należy zacząć od dzieci, a sprawy w swoje ręce powinni wziąć rodzice. "Chodzi o to, by jak najwięcej wiedzieć o swoim dziecku, rozbudzać w nim różne zainteresowania i rozsądnie dozować mu rozrywki elektroniczne" - radzi Glinka. O tym, że najbardziej narażone na uzależnienie od gier są dzieci, świadczy struktura pacjentów umieszczanych w klinice leczenia uzależnień od tego typu rozrywki w Wietnamie: pod koniec 2008 roku przebywało tam w sumie 50 nastolatków, przeważnie w wieku od 13 do 18 lat. W ośrodku próbuje się zainteresować młodzież sportem, malarstwem czy muzyką.

(PAP Life)

Ewa Zimnicka (PAP Life)

Utopić smutek wygnania

Data dodania: 2009-04-08 11:32:35

Link do artykulu: http://iskry.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=50&Itemid=3

 

Utopić smutek wygnania

Na czym polega terapia

Data dodania: 2009-04-08 11:20:23

 

Na czym polega terapia

Przyjmę posłów na leczenie

Data dodania: 2009-04-08 11:19:56

 

Przyjmę posłów na odwyk

 
 
Copyright © by Janochy, Design by CIK - Jarosław Gumkowski